powiedziałam. — Chodzi o to, że nie chce mnie na swoim przyjęciu?
— Nie.
— Więc mi to wyjaśnij.
— Nie mogę.
— Dlaczego?
Ponownie spojrzała w stronę schodów.
Ściszyłam głos.
— Czy on ci grozi?
Wyraz jej twarzy całkowicie się zmienił.
Tylko na sekundę.
Ale to zauważyłam.
Mama…
Złapała mnie za ramię.
— Wyjdź dzisiaj.
— Chodź ze mną.
— Nie mogę.
— Możesz.
— Nie.
Głos jej się załamał.
A potem wyszeptała:
— Alicja, jeśli kiedykolwiek w życiu mi ufałaś, proszę, zaufaj mi teraz.
Nie ufałam jej.
A przynajmniej nie do końca.
Ale strach bywa zaraźliwy.
Podniosłam walizkę.
— Gdzie mam się podziać?
Wcisnęła mi w dłoń złożone banknoty.
Siedemset dwadzieścia






Comments